Gerrymandering. 

Gerrymandering – nowe słowo w naszym słowniku. W swojej definicji zawiera określenie – „manipulacja”.  Tłumacząc wprost –  wielkość i kształt okręgów wyborczych,  przebieg ich granic i liczba mandatów,  mają wpływ na wyniki wyborów, w naszym przypadku – najbliższych wyborów samorządowych. 
Tak więc,  nie dotykając urny i kart do głosowania,  a mając wpływ na powyższe parametry można, jeszcze przed głosowaniem, wygrać wybory.
 
W Warszawie,  od prawa do lewa wszyscy oskarżają się o gerrymandering. W dzielnicach,  bez względu czy zarządza nimi PiS czy PO,  opozycja oskarża zarządzających o manipulację okręgami. Argument, o dziwo,  ten sam – rozdrobnienie okręgów to zmniejszenie szans małych,  lokalnych komitetów wyborczych,  zarówno na szczeblu dzielnicowym,  jak i miejskim. 
A trzeba wiedzieć,  że do tegorocznych wyborów przygotowuje się rekordowa liczba lokalnych organizacji i społeczników, co samo w sobie jest dobrym zjawiskiem i świadczy o pewnej dojrzałości społecznej. W praktyce,  bywa z tym różnie,  zwłaszcza w małych miejscowościach,  gdzie „wójt na zagrodzie,  równy wojewodzie”. Ważne, a nawet kluczowe jest, z jaką intencją idzie się do samorządu –  czy po władzę i pieniądze, czy do pracy? Gdyby zrobić eksperyment i zlikwidować diety radnych, pierwsze, co by sie zmieniło, to skład rad. Czy na gorsze czy na lepsze tego nie wiem, wszak to eksperyment. Jedynym gremium, którego członkowie nie pobierają obecnie diet jest zgromadzenie wiejskie (ale wybierani przez zgromadzenie sołtysi, już tak). Zgromadzenie wiejskie to miejsce, w którym rodzi się polska demokracja. Szkoda, że na tym też szczeblu się kończy, zbyt szybko zastąpiona polityką.

W praktyce, duże rozdrobnienie lokalnej rady,  to problem z utworzeniem stabilnej i zgodnej koalicji. Z drugiej strony,  to spełnienie zapisów ustawy o samorządzie gminnym,  która podkreśla takie pojęcia jak,  wspólnota samorządowa,  zaspokojenie zbiorowych potrzeb, wspieranie wspólnoty i upowszechnianie jej idei czy budowanie solidarności międzypokoleniowej. Piękne słowa. 
Tegoroczne zmiany lokalnych aktów prawnych dotyczących okręgów wyborczych wynikają z wymogu stawianego przez nową ordynację wyborczą nakazującą w ciągu 60 dni od uchwalenia ordynacji ustalenie okręgów wyborczych. Nie wymaga ona jednak zmian w tych okręgach. Mimo to, jak Polska długa i szeroka, przetacza się fala oskarżeń o gerrymandering.
Podsumowując,  myślę,  że owszem,  małe komitety wyborcze,  to szansa na odświeżenie składów rad,  choć i starzy wyjadacze,  stroją się już w nowe piórka i nowe nazwy; możemy się nieco zdziwić,  kogo my też wybraliśmy, kiedy okaże się, że skład Rady i Zarządu niewiele się zmienił, pomimo, że ugrupowania są całkiem nowe? Jednak,  nie okłamujmy się,  słabością m.st. Warszawy jest sam jej ustrój pozwalający rozmywać odpowiedzialność i przeciągać w nieskończoność procedury. Dodatkowy szczebel administracyjny w postaci dzielnic,  ich nieostre kompetencje,  nie do końca uzasadnione istnienie rad dzielnic oraz spowalniające proces decyzyjny ustawy,  takie jak prawo zamówień publicznych,  które nie chronią finansów publicznych przed nadużyciami, a często są przyczyną obniżenia standardów inwestycji czy usług, czyni z Warszawy nierychliwego kolosa kłopotliwego w obsłudze i nie spełniającego potrzeb i oczekiwań wspólnoty. Jeśli do tego dodamy kolejny szczebel –  metropolitalny,  który w pewnych dziedzinach już funkcjonuje jako Warszawski Obszar Funkcjonalny,  a Metropolia Warszawska,  a może i Warszawsko – Łódzka,  jest nieuniknionym etapem rozwoju naszego miasta,  to gołym okiem widać,  a urzędniczym,  od wewnątrz tym bardziej,  że reformy ustroju Warszawy są nieuniknione. 
P.S. Lubię obserwować sesje rad dzielnic;  są jak partie szachów,  gdzie nie wszystkie ruchy są od razu oczywiste. O ileż ciekawsze,  mają szansę być z tymi małymi lokalnymi koalicjami, gdzie do głosu mają szanse dojść prawdziwie lokalne sprawy ważne tu i teraz? 
Beata Bielińska-Jacewicz