HISTORIA PEWNEJ ZNAJOMOŚCI

Szarawy poranek 1960 roku. Skromny gabinet szefa wydziału paszportowego. Stróżki deszczu leniwie spływają po szybach. W powietrzu unosi się zapach dymu papierosowego.
„Chyba sporo pali” – pomyślał Kompozytor czekając na Naczelnika. „I te meble takie obskurne. No cóż, widać Polska Ludowa oszczędza na bezpiece”. Później z satysfakcją zrozumiał, że jednak się mylił.

Naczelnik wszedł energicznym krokiem i powitał z szerokim uśmiechem: „Witam Panie Kompozytorze. To dokąd się tym razem wybieramy? Do NRF-u?”.
„Tak, tym razem do Niemiec Zachodnich, no i chodzi o paszport” – odwdzięczył uśmiech Kompozytor.

„No dobrze, załatwimy –  bardzo cenimy Pana talent Kolego. Może koniaczku?”

„Chętnie, Obywatelu Naczelniku. Bardzo zależy mi na czasie bo wyjazd już niebawem”.

„Nie ma sprawy, będzie ekspresik ale mam też do Pana prośbę” – zanucił Naczelnik swym barytonem opuszczając wzrok.
„Prosiłbym aby po każdym wyjeździe opowiedział nam Pan jak było. Czy ktoś nie szkodzi naszej ludowej ojczyźnie i kto mógłby się nam przydać. Żadnych pism, pokwitowań, tylko taka przyjacielska rozmowa między inteligentnymi ludźmi, którym zależy na pomyślności i bezpieczeństwie naszego kraju. Ma Pan pełną wolność twórczą – najlepsze będą tytuły religijne bo teraz za Wyszyńskiego to najbardziej wiarygodne. Papierami już ja się zajmę. Można na Pana liczyć?”

„Naturalnie. Władzy się nie odmawia. Zna Pan przecież moją postawę i poglądy” – zadeklarował z pasją Kompozytor. „Szczegóły możemy omówić oddzielnie, po moim powrocie” – dodał.

„No to świetnie! Witam na pokładzie. Proszę tylko nikomu nic nie mówić, nawet żonie. Te kobitki to takie gaduły, a tu mamy męskie sprawy. To co? Jeszcze po koniaczku?”

Mija 10 lat. Kompozytor jest już po premierze swojej opery i przygotowuje utwór na ważną imprezę sportową. Na biurku w saloniku natarczywie dzwoni telefon. „Tak słucham?”

„Dzień dobry Panie Kompozytorze, kłania się Naczelnik.”

„A, witam. Podobno obywatel kapitan wybiera się do Monachium?

„No właśnie, ja w tej sprawie. I już nie kapitan, tylko major. Spotkajmy się może równo za miesiąc w hotelu „Vier Jahreszeiten”, na przykład o 14.30, dobrze? Zjemy wspólnie lunch. Ja zapraszam jak zwykle”.

Hotel „Cztery Pory Roku” należy do sieci Kempinski i położony jest w centrum Monachium przy Maximilianstrasse. W restauracji unosi się zapach luksusu. Przysłowiowa niemiecka czystość i porządek. Dwóch mężczyzn w podobnym wieku rozmawia serdecznie po polsku. Widać, że znają się nie od wczoraj. Kiedy się żegnają, podają sobie ręce a ten wyższy mówi:
„Proszę pamiętać, że od teraz będą się spotykać z Panem wyłącznie nasi dyplomaci. To tak dla naszego wspólnego dobra. Tematy jak zawsze. Pomożecie? Aha, upatrzył już Pan sobie jakąś działeczkę pod domek?”

Nieubłaganie mija kolejne 10 lat. W kraju trwa rewolta przewodniej siły narodu. Sytuacja napięta, zwłaszcza w Gdańsku. Nadchodzi dzień gniewu. Nasz kompozytor właśnie dyryguje swoim utworem we Włoszech. Do garderoby wchodzi wysoki czterdziestolatek, nienagannie ubrany.
„Widać, że prawdziwy dyplomata” – pomyślał Kompozytor.

„Gratuluję sukcesu artystycznego Panie Profesorze. Ja z pozdrowieniami od naszego wspólnego znajomego. Co Pan teraz komponuje?” – pyta attaché.

„Duże oratorium ale mam dopiero wstępny zarys”.

„No to może coś monumentalnego? Dla Polski? Dla Solidarności? Wie Pan, bardzo nam zależy aby był Pan postrzegany jako wielki patriota i zakotwiczył się w Komitecie Obywatelskim.” – kontynuuje dyplomata.

„A wie Pan, to świetna idea. Pomyślę o tym. I proszę pozdrowić Pana Majora” – odpowiada konfidencjonalnie Kompozytor.

„Nie omieszkam, ale już pułkownika, Panie Profesorze”.

I znowu mija 10 lat. Zawiało dziejową zmianą. Mur berliński się chwieje. Kompozytor ślęczy nad kolejnym utworem w swojej rozkosznej posiadłości. Między kolejnymi zapisami akordów septymowych C-dur rozmyśla o swojej przyszłości. Odpowiedź przychodzi wyjątkowo szybko. W drzwiach staje znajoma postać w perfekcyjnie skrojonej tweedowej marynarce. Pierwsza siwizna przyprósza już skronie.

„Witam serdecznie. Ja z niezapodziewaną wizytą, bo mamy dzisiaj jubileusz 30.lecia naszej przyjaźni” – rzuca na wejściu Naczelnik.

„Co za miła niespodzianka, właśnie o Tobie myślałem, pułkowniku” – mówi Kompozytor i ściska na niedźwiedzia.

„Oj, już nie pułkowniku, tylko generale. Właśnie zostałem dyrektorem departamentu i pomyślałem, że w prezencie na nasz jubileusz przekażę Tobie nasz najlepszy lokal konspiracyjny w Stolicy. Możesz założyć tam firmę z żoną, tak na wszelki wypadek, aby mieć jakieś zabezpieczenie. Co Ty na to? A o stare papiery proszę się nie martw. W mojej obecności sam pierwszy generał wszystko przepuścił przez naszą niszczarkę. Canon, to dobra marka.”

„Serdeczne Bóg zapłać, bo właśnie zastanawiałem się co dalej” – mówi Kompozytor a w jego głosie słychać nutę niepokoju.

„Co dalej? To co zawsze. Interesują nas niezmiennie prezydenci, premierzy, ministrowie i cały high life tych krajów, które odwiedzasz. A o środowisko wokół Ciebie tutaj już zadbaliśmy. Dyrektorzy departamentów i filharmonii to nasi ludzie. Będzie miał lepiej niż kiedyś i wreszcie będziesz mógł spokojnie komponować”.

Mijają kolejne dekady. Ponury poranek. Krople deszczu leniwie spływają po szybie. Sędziwy już Kompozytor właśnie przegląda partytury kolegów. Może da się coś wybrać do kolejnej symfonii. W salonie dzwoni telefon…

autor:
Jan Pisowski