…i po wyborach.

Znów pomyliliśmy wybory samorządowe z parlamentarnymi. Tak można ocenić wynik, w którym, w wyborach do samorządu terytorialnego, w Warszawie, ścigały się i wygrały dwie wiodące partie, gdzieniegdzie tylko dopuszczając pojedynczych samorządowców z lokalnych komitetów. Efekt jest taki, że w radach dzielnic zasiadają ludzie, którzy zdobyli po kilkadziesiąt głosów, a nie będzie tych, którzy zdobyli ich po kilkaset.

Te wyborcze chabety wciągnęli na listę radnych liderzy list, na których pracowały całe sztaby partyjnych oficjeli. Wynik zaś tych „jedynek” trzeba by podzielić nieraz na trzy, a nawet i więcej; są wśród nich ludzie, który nigdy samodzielnie nie zabrali głosu w żadnej sprawie. Nie ma zaś w radach ludzi, którzy na co dzień żyją życiem dzielnicy i jej mieszkańców, zgłaszają projekty, sprawy do załatwienia, angażują lokalną społeczność.

Na długie pięć lat, a może i więcej, samorząd został po prostu zaorany i podporządkowany partyjnym rozgrywkom. I zrobiliśmy to własnymi rękoma dając się wciągnąć w medialny przekaz dający złudzenie, że liczą się tylko dwie siły PiS i PO. Tymczasem, wybory samorządowe 2018 roku, były wyjątkowe, poruszyły ludzi, obrodziły w lokalne komitety jak nigdy i naprawdę było w czym wybierać. Skorzystali z tej możliwości tylko mieszkańcy Rembertowa, gdzie dwadzieścia jeden miejsc w Radzie, niemal równo podzielonych zostało pomiędzy trzy lokalne komitety – „Forum dla Rembertowa”, „Rembertów Bezpośrednio” i „Lepszy Rembertów” oraz PiS i PO-N. O rembertowianach można powiedzieć, że będą mieć swoją mocną reprezentację w Radzie Dzielnicy, nieźle też na Białołęce, Wawrze i Wesołej, na Targówku, też jest reprezentacja mieszkańców, chociaż mała, bardzo źle na Pradze, jednej i drugiej.

Mieszkańcy Pragi-Północ, okazali się tak samo monotematyczni, jak w poprzedniej kadencji. Z ruchów miejskich wdarł się do Rady tylko jeden przedstawiciel Komitetu Wyborczego Jana Śpiewaka, znany ze swoich projektów zazieleniania ulic miasta, Grzegorz Walkiewicz. Poza tym, będziemy mieli w tej kadencji powtórkę z rozrywki, na co solennie sobie sami zasłużyliśmy. Dużą nadzieję pokładałam w powołanym co prawda na potrzeby wyborów, Stowarzyszeniu Dla Pragi, ale skupiającym ludzi znanych i zaangażowanych na co dzień w życie dzielnicy. Liderzy tych list zdobyli nawet całkiem dobrą liczbę głosów, jednak system liczenia (system D’Honta) promujący duże ugrupowania skutecznie ich wyciął. Jedyna szansa więc, to nie głosować na partie, lecz wyłącznie na lokalne komitety. Ale o tym, za pięć lat. W przyszłym roku będą wybory parlamentarne, ciekawe, czym będą się różnić od tegorocznych, skoro już dziś głosowaliśmy na partie, a nie na ludzi?

Osobna sprawa, to wybory prezydenckie w Warszawie. Duży koszt, mały efekt? Mam wrażenie, że zwycięzca, Rafał Trzaskowski, przez całą kampanię stał nonszalancko oparty o płot i przyglądał się dwojącemu i trojącemu się w naszych oczach Patrykowi Jakiemu. A Patryk przez cały czas usiłował robić wrażenie, że jest zwycięzcą. Tylko zapomniał czego? Gdzie jest meta? Gdzie są jego wyborcy? Jak można przez dwa lata w Komisji Weryfikacyjnej grillować temat nieprawidłowej reprywatyzacji i w kampanii nie wspomnieć nawet o tym? Jak można zgubić po drodze swoich wyborców, cel i zmęczyć ich tak, że przestają słuchać? Można? Można. Nie bez znaczenia podobno, była też uroda obu panów, bo słyszałam, że to dla niektórych ważne kryterium. Otóż, o urodzie Rafała Trzaskowskiego się nie dyskutuje, bo jest klasycznie transparentna, zaś Patryk Jaki może się podobać, ale niekoniecznie musi. Moim jednak zdaniem, PiS wystawił niewłaściwego kandydata. Osobiście zaś głosowałam na Marka Jakubiaka, bo sensownie mówi. Że co? Że zmarnowałam głos? Nie, to wy, zmarnowaliście szansę.

O samej organizacji wyborów można powiedzieć tylko źle. Zmniejszona liczba komisji obwodowych i zbyt mała liczebnie obsada, przy wyborach samorządowych, najtrudniejszych do obsługi, bo obejmujących cztery stopnie samorządu, a więc cztery razy więcej głosów, niż przy każdych innych, to bezmyślność i brak szacunku dla wyborców i członków komisji. I nie usprawiedliwia tu organizatorów brak wyobraźni, który nie pozwolił im przewidzieć tak wysokiej frekwencji (66,68% w Warszawie) w tegorocznych wyborach. Ludzie pracowali zmęczeni, głodni, po wiele godzin stali w kolejkach, żeby oddać worki z kartami. Listy dwoiły im się przed oczami, a w niektórych komisjach nawet mnożyły; zanotowano przypadki frekwencji ponad 100 procentowej, co jest oczywiście fizycznie niemożliwe przy prawidłowo przeprowadzonych wyborach. Bez komentarza zostawię zmiany w Kodeksie Wyborczym i podział na komisje dzienną i nocną. Nieraz pracowałam jako członek komisji, a także jako jej przewodnicząca i wiem, że ten pomysł, to pomysł z horroru.

Na koniec, pragnę podziękować moim osobistym wyborcom. Startując z ostatniego miejsca do Sejmiku Mazowieckiego z listy Stowarzyszenia Kukiz’15, zebrałam podczas swojej krótkiej i błyskotliwej kampanii wyborczej 810 głosów. Bez plakatów, bez banerów, bez ściskania prawic protektorom i bez poparcia autorytetów i wspinania się po cudzych plecach. Siłą swojej woli i przekonywania oraz naprawdę sensownego programu.

Serdecznie dziękuję moim wyborcom i przepraszam ich, że będą jeszcze musieli poczekać na Tramwaj Mazowiecki, że będą dalej patrzeć jak pod kolejnymi warstwami asfaltu znika piękna Puszcza Biała, i tkwić w korkach na wylotówkach Warszawy.

Smutne jest również to, że nawet gdybym zebrała dziesięć razy tyle głosów, to startując ze Stowarzyszenia Kukiz15 nie znalazłabym się w Sejmiku Mazowieckim, chyba, żebym startowała z komitetu którejś z „wiodących” partii, to może tak.

Dziękuję moim rodzicom i tym nielicznym osobom, które pomagały mi w mojej kampanii.

Znowu pomyliliśmy wybory samorządowe z parlamentarnymi. Może za pięć lat będziemy mądrzejsi? Beata Bielińska-Jacewicz