„ Kiełbaska po warszawsku ”

„ Sprawiedliwości ni ma Panie Zielonka, pulchna Japonka znikła, a i ogromniastego kucharza tyż wymiotło z murala przed Retro, a mieli być wieczne? ”

„ Ponoć ptasiego mleczka im zbrakło, a one bez niego żyć nie som w stanie, blednom , blednom, a na sam koniec znikajom. ”

A my ? My na Śródmieście jadziem Panie Zielonka, żeby nam nie wmawiali, że my som z tej, czy z tamtej strony (Wisły). My somo od Dziada, pradziada, z prawej, znaczy się lepszej (fakt ogólnie znany), ale na wycieczkę dobrze zorganizowaną , raz w roku udać się wypada.

A tu nas organizują, że oj rany! Cztery kordony policji, zasieki jakoweś. Center rządzi się swoim prawem (a o sprawiedliwości miało być, ale one ostatnio w parze chodzom, jak my Panie Zielonka!) Dla równowagi w knajpie spoczniem, coby się nie zagalopować i sytuacje z bliska rozpoznać, a i śledzika skosztujem. Sprawdzim któren lepszy nasz, czy ichniejszy, i w którą stronę po Wiśle pływa, gadzina?

„Ale kolega coś głodny, widzę? O i kiełbaska z karcie się znalazła, po warsiawsku.”

Menadżer (się rozumie co center, to center) do nas podchodzi. Zamawiamy śledzia i dwa razy te kiełbaskie po warsiawsku. W międzyczasie, jeden z prawej strony się przysiadł (nie swoich nie akceptujem). A menadżer inteligientnie się zapytuje w te słowa: „ Widelcem Państwo jedzom, czy łyżeczkie wolom ? ” Ja ze śledziem problemu ni mam ( bo jego gada przybić do talerza trza, żeby we właściwe stronę po Wiśle pływał i basta), ale chłopakom coś miny zrzedły, kiełbaskie łyżeczkom ? Ale,że som z prawej strony, to grzecznie, tradycyjnie (za moim skromnym przykładem) o widelce proszom.

Czekamy.

Mój śledzik z gracjom, w słoiczku na stół wpływa ( my som zwyczajne) , a kiełbaska w miseczkach, ( a po warsiawsku miało być?) , malutkie to jakieś, że chłopaki okiem do dna łypią, a tam, zupka kiełbasiana, z musztardą , chociaż to, aaaale łyżeczka by się zdała! Słowo się rzekło i widelczykiem wyjadać trzeba ( właściwa strona zobowiązuje, żadnych tam histerii, ani awantur nie będzie.) Śledzik, trzeba przyznać pyszny był ( ziemniaczki i cebulka do smaku, hojność jak na
Śródmieście niespotykana) , a chłopaki niepyszne do domu wróciły i głodne. Na dodatek, na ścianie, przed Retro, już ptasiego mleczka nie uwidzisz, tylko bohomaz jakowyś, o Święty Walenty! I wyjedź Pan, Panie Zielonka na krótkie wakacje, choćby na Śródmieście, nie dopilnuj Pan i masz babo placek!!!

Ps. Kelnereczkę miłą ze Śródmieścia wspomnim (oj, można by się przenieść na tę drugą stronę), do nas z rachunkiem się przybliża? i oj płacić trza będzie!!! Ale komu? bo menadżer tyż nie odpuszcza i w te słowa uderza: „ Jedni mają piniendze, a drugie władzę.”, salomonową mądrością nas raczy. Kelnereczce czem prędzej płacim i jadziem do siebie Panie Zielonka, bo co to by było jakby się w jednych rękach zeszli ?

Katarzyna Kownacka