PRZEWRÓT CZY ZAMACH MAJOWY 1926 ROKU?

91 lat temu na ulicach Warszawy i jej okolic mieliśmy zbrojny przewrót, za który odpowiedzialność w całości spadła na pierwszą niegdyś osobę w państwie, jedynego wówczas marszałka Polski, Józefa Piłsudskiego.
On sam odpowiedzialności za ten przewrót nigdy się nie wypierał i wszelkie jego sprawstwo brał odważnie w całości na siebie. Z resztą z tego faktu wynikała też pełnia władzy wykonawczej, jaką objął po tym przewrocie, który przerodził się w pewnym momencie w zamach i którą sprawował do śmierci.

Konflikt czaił się od początku istnienia niepodległej Polski. Już 11 listopada 1918 roku, pewna grupa oficerów, najczęściej austriackiej proweniencji głośno i po cichu „zapytywała” opinię publiczną, dlaczego to akurat „brygadier” Piłsudski, bez żadnej szkoły wojskowej, samouk  a nie np. gen. Haller, czy szef sztabu Polskiej Siły Zbrojnej, zawiązanej przy Radzie Regencyjnej, zwanej potocznie Polskim Wehrmachtem, Tadeusz Jordan Rozwadowski, który w Armii CK austriackiej zdołał być nawet feldmarszałkiem, co odpowiadało generałowi dywizji w innych armiach okresu I wojny światowej.

Wtedy też Piłsudski, otrzymawszy 14.11 1918 r. pełnię władzy od w/w Rady, skupił w swym ręku funkcje polityczne i wojskowe, stał się Naczelnikiem Państwa na wzór Kościuszki i proklamował, bez rozgłosu, Polskę Republiką.

Zarówno w pierwszej konstytucji II RP z marca 1921 r. jak i w strukturach władz wojskowych, zależało Piłsudskiemu, aby Sztab Generalny jak i stanowisko Wodza Naczelnego, niezależnie kto by je w przyszłości sprawował, mogło być apolityczne i pozapartyjne. Niestety, bezkrytycznie skopiowane wzorce francuskie z III Republiki, i to z końca XIX wieku, nie pasowały do polskich warunków zwłaszcza w sytuacji permanentnego zagrożenia młodego państwa.

I właśnie ta druga okoliczność, równie silnie zaważyła na tym co się wydarzyło w maju 1926 r. Permanentne niemal zmiany rządów, w zależności od tzw. większości sejmowej, trudnej do utrzymania na dłuższą metę w silnie rozdrobnionym parlamencie, spowodowały szybkie i ciężko skrywane rozczarowanie tzw. pełna demokracją, mocno teoretyczną i „nierealizowalną” w praktyce. Powszechnie przezywano ją sejmokracją i nawoływano w prasie i na wiecach, do jej ukrócenia czy wręcz do obalenia. Przodowała w tym młoda Narodowa Demokracja, która stawała się z każdym rokiem mniej demokratyczna, wręcz mówiono o bliskim przewrocie z jej strony na wzór Mussoliniego. Przy kolejnej zmianie rządów i wśród powszechnych utyskiwań na tzw „sejmowe bezhołowie” Wincenty Witos miał się wprost wyrazić pod adresem Piłsudskiego: „Jeżeli Marszałek ma na prawdę takie poparcie jak mówi, to niech przejmie władzę i uporządkuje ten sejmowy „bałagan”, a jeśli nie przejmuje władzy, to znaczy że takich wpływów w narodzie jak głosi, po prostu  nie ma”. To wystarczyło, aby wyzwać marszałka na ubitą ziemię.Drugim, o wiele ważniejszym czynnikiem były wydarzenia międzynarodowe. Oto w 1925 roku skończył się parasol ochronny Traktatu Wersalskiego nad Polską i innymi nowo powstałymi państwami, zwanymi „wersalskimi” jak Czechosłowacja czy Jugosławia. Traktat zawarty w Locarno, państw zachodnich z Niemcami, zwany paktem Reńskim, gdyż dotyczył niezmienności granicy na Renie, Niemiec z Francją a następnie w Ardenach z Belgią, przestał gwarantowań niezmienność granic niemieckich  ze wschodnimi sąsiadami. Odtąd kwestionowanie granic z nimi stanie się sensem i celem niemieckiej polityki  zagranicznej republiki Weimarskiej, niezwykle wrogiej Polsce jeszcze przed Hitlerem.. Ponadto w tymże 1925 roku Związek Sowiecki zakończył odzyskiwanie „rdzennie rosyjskich” ziem na Sachalinie i rozglądał się za tym „kogo by tu jeszcze wyzwolić”. Nie ulega wątpliwości, że wzrok sowieckich sztabowców i samego ich Stalina, niejednokrotnie padał na Polskę jako stałą przegrodę i planowanym z roku na rok „marszu na Zachód „. Fajka Stalina niezmiennie wskazywała drogę przez Polskę.W obliczu tych zagrożeń dalsze „awantury sejmowe” stawały się skrajnie niebezpieczne i groźne dla dalszego trwania Rzeczypospolitej, którą w tzw. Sowietach nazywano już wtedy pogardliwie „bękartem traktatu wersalskiego”, oczywiście do usunięcia w sprzyjających dla nich okolicznościach. Ostatecznie czekano tylko okazji, odkładając plany agresji na Polskę i ewentualnie Rumunię, z roku na rok, póki żył Dzierżyński, twórca i dowódca CzeKa. Niejasne pozostawało stanowisko Stanisława Wojciechowskiego, II prezydenta II RP, z rekomendacji i poparcia Piłsudskiego, dawnego przyjaciela z PPS, z którym wiele razem przeżyli i nawet w chudych latach konspiracji, „pod jednym płaszczem sypiali”. Teraz Stanisław Wojciechowski wyraźnie dał się przekonać grupie tzw. „sztabsalterów”, tj. wyższych, austriackich niegdyś, oficerów do sprowokowania i raz na zawsze usunięcia Piłsudskiego, pod pretekstem zdrady stanu, z polityki i w ogóle z życia publicznego. Nie na darmo, do zbudowanego ze składek żołnierzy polskich dworku „Milusin” w Sulejówku, klucze wręczał Piłsudskiemu gen. Rozwadowski. Miało to oznaczać ni mniej ni więcej jak polityczną emeryturę. Swoistą tajemnicą tej grupy miało być przeświadczenie, że do tego potrzebne jest sprowokowanie Piłsudskiego do działań, za które można by go ukarać jako za niekonstytucyjne, choć z niektórymi politykami uzgodnione posunięcia. za to wszystko  miał być raz na zawsze usunięty marszałek, „z pozbawieniem życia włącznie”, jak głosił późniejszy rozkaz gen. Rozwadowskiego. Ponowne powołanie, skompromitowanego już w 1923 roku strzelaniem do robotników, III rządu Witosa w początku maja 1926 r, było taką prowokacją.Można dziś powiedzieć z dozą pewnej fantazji, że Piłsudski dość naiwnie jak na tak wytrawnego polityka, uważał, że cały „przewrót” będzie trwał kilkanaście minut i skończy się rozmową z Wojciechowskim, co odmieni jego decyzję, desygnującą Witosa na premiera, a o to chodziło w całym przewrocie. Dramatyczna rozmowa na moście Poniatowskiego położyła kres tym złudzeniom. Przekonany przez „sztabsalterów” o konieczności pozbycia się Piłsudskiego, Wojciechowski w krytycznym dniu 12 maja 1926 r, nie tylko odmówił racji Piłsudskiemu, ale jego, starego przyjaciela, nazwał buntownikiem i dał rozkaz do oporu. Na to tylko czekali „sztabsalterzy” z Rozwadowskim i Zagórskim na czele, osobistym wrogiem Piłsudskiego z czasów legionów, zazdroszczącemu  mu sławy zawsze i wszędzie. Od strzału do wkraczających na Zamek piechurów legionowych z baterii, dowodzonej przez endeka rozpoczęła się „mała wojna domowa”, zwana później przewrotem majowym .Znamienny wypadek miał miejsce od razu na początku działań wojennych. Kpt Szymański, dowodzący tankietką przy moście Kierbedzia, odbezpieczył granat, by go rzucić w oddział piechoty wiernej Piłsudskiemu, ale poślizgnął się na stopniu i wraz z granatem wpadł do wnętrza tankietki. Nastąpiło swoiste „samozabójstwo” dowódcy, będące symbolicznym przedstawieniem całości działań tzw. stronie rządowej.Jeszcze pierwszego dnia wojska wierne Piłsudskiemu doszły do gmachu Sztabu Generalnego na placu Saskim i do linii Alej Jerozolimskich. Tu Piłsudski zatrzymał je i rozpoczął pertraktacje ze strona rządową nad przerwaniem dalszej walki, ale strona rządowa ufna w nadejście pułków z Wielkopolski, konsekwentnie odrzucała jakiekolwiek rozmowy z „buntownikiem”. Tymczasem po stronie Piłsudskiego stanęli robotnicy, zarządzając strajk generalny i cała kresowa Polska. Groził rozłam i „wojna domowa” w wielkim stylu, na którą tylko czekały Niemcu i sowieci, aby całkiem unicestwić państwo polskie. „Ribbentrop i Mołotow” byłby już w 1926 roku. 13 maja ofensywę rozpoczęły od świtu wojska rządowe, bombardując z powietrza Warszawę, z rozkazu Zagórskiego, który miał osobiście pilotować samolot, rzucający bomby na Warszawę. Szczególnie narażone były tłumy, wiwatujące na cześć Piłsudskiego, stąd 2/3 zabitych stanowili przypadkowi cywile zabici z powietrza, przez polską „awiację”. Zbombardowano przybyły z Kutna pułk piechoty na Dworcu Zachodnim, za to że poparł Piłsudskiego.14 maja, po kolejnych nieudanych rozmowach, którym przewodniczył marszałek Sejmu Maciej Rataj, ruszyło zdecydowane natarcie sił Piłsudskiego, zajmując Belweder i wypierając rząd i prezydenta do Wilanowa, dokąd udał się on pieszo. Tam nastąpiła dramatyczna wymiana zdań z „sztabsalterami”, po której prezydent Wojciechowski zrozumiał wreszcie, że został przez nich oszukany i padł ofiarą ich osobistej nienawiści do Piłsudskiego, zwłaszcza ze strony gen. Zagórskiego. Ustąpił wtedy ze stanowiska a tymczasową władzę przekazał marszałkowi Ratajowi, który natychmiast rozpoczął rozmowy z Piłsudskim, zawierając rozejm, kończący bratobójcze walki. Ostatnie starcia nastąpiły jeszcze 15 maja, kiedy to opór stawiły wojska gen. Ładosia, przybyłe z Poznania. Na wieść o ustąpieniu prezydenta, przerwano walkę, a pułki ozdobione czarnym kirem na bagnetach powróciły do Wielkopolski i przedefilowały w milczeniu przed mieszkańcami Poznania, którzy posłusznie poddali się stolicy. Przewrót, który przerodził się w zamach i to z obu stron: generałów na Piłsudskiego i w odpowiedzi Piłsudskiego na nich, zakończył się. Padło lub zmarło z ran 365 osób, z tego tylko 107 wojskowych, reszta to cywile, mimowolni świadkowie i ofiary starć oraz bombardowań z powietrza. Z chwilą zawieszenia broni nikomu nic się już nie stało, z wyjątkiem Włodzimierza Zagórskiego, który wypuszczony po roku z więzienia w Wilnie, przewieziony do Warszawy, zaginął bez śladu. Różne o nim krążyły wieści, że wysłano go do Turcji i widziano w Konstantynopolu lub gdzie indziej, że zastrzelili go nadgorliwi piłsudczycy, wbrew woli i rozkazom Marszałka, wreszcie, że przywieziony do Belwederu, na rozmowy z Piłsudskim, miał go przy spotkaniu uderzyć w twarz, za co płk Beck miał go zastrzelić na miejscu. Jaka jest prawda, nigdy się nie dowiemy. Sam Piłsudskim, wspólnym pogrzebem na koszt państwa i pięknym orędziem, wzywającym do zgody, mówiącym o wspólnie przelanej krwi żołnierskiej, co we wspólną wsiąkła ziemię, wezwał do pojednania i sam tego dał najlepszy przykład. Nikt z żołnierzy, ba wyższych dowódców czy polityków, nie był przez niego i jego ludzi za to represjonowany. Nie mniej przez cały okres międzywojenny, za nim i jego ugrupowaniem ciągnął się cień „nielegalności”, a próby wymuszenia lojalności wobec rządów pułkowników, zawsze napotykały na argumenty że sami nielegalnie doszli do władzy, wiec nie mogą żądać posłuchu. Odium to rozlało się też na uchwaloną pół legalnie, ‚bocznymi drzwiami” jak powiedział przed śmiercią Piłsudski, konstytucję kwietniową 1935 roku. W dziewiątą rocznicę przewrotu, który przemienił się w zamach,tj. 12 maja 1935 roku o godzinie 20.45 w narożnym pokoju Belwederu zmarł w wieku 68 lat, marszałek Polski Józef Piłsudski, własną śmiercią płacąc za swój własny „zamach”, którego nie chciał, a który mu wyszedł jakby przy okazji. Jeśli ktoś miałby wątpliwości co o Piłsudskim myślał naród, niech się przyjrzy filmom z pogrzebu. Nie musiały być propagandowe. Odzew był tak potężny, że zamarła w milczeniu tradycyjnie mu wroga endecja, że rozpłakał się każdy, komu droga była Polska. wybaczono mu wszystko. Cały poświęcił się Polsce i cała Polska go żegnała. Wymownym znakiem jago uznania było przybycie licznych delegacji, a przedstawiciele narodu Łużyczan, żyjących w granicach Niemiec, okrzyknęli go największym wodzem Słowiańszczyzny,( do czego rościł sobie pretensje Gruzin Stalin). Sowieci w rok po przewrocie odwołali wszystkie agresywne przygotowania przeciw Polsce i w 1932 zawarli Traktat o nieagresji, który złamali wiarołomnie w cztery lata po śmierci marszałka, 17 września 1939 roku. Niemcy na tyle się go bali, że w 1939 r, po zajęciu Krakowa, przy jego trumnie wystawili warty, „żeby duch wielkiego Marszałka nie zmartwychwstał w narodzie w czasie ich okupacji” jak śmiali się z nich krakowianie. Ostatecznie czas owej małej wojny domowej skwitowali historycy, „przewrót przewrotem, ważne że jeszcze 13 lat istnieliśmy jako niepodległe i suwerenne państwo Europy, który teraz z różnym skutkiem na nowo  próbujemy nim zostać.                       

Krzysztof Jabłonka Muzeum Józefa Piłsudskiego