Wybory, wybory

Osiemnaście lat w samorządzie i dwanaście w Urzędzie m. st. Warszawy oraz porównanie międzydzielnicowe upoważnia mnie do podsumowań i wniosków. Dzielnica, dla której pracowałam dziesięć lat, zawsze przypominała mi feudalny styl zarządzania – dwór, przepustki i parkingowe przywileje, kolejna– to wręcz niewolnictwo. Dużo by trzeba zmienić. Biednie, ciasno i jako pracownik, nie masz nic do powiedzenia. Kwiatek, który przyniosłam, utrzymał się dwa dni i miał dosyć. Zwiądł lub zmarzł, nie wiem. Natura jest mądra. Ja wytrzymałam dwa lata.

Obecna – młoda republika. Dlaczego młoda? Z powodu licznych prób odwołania zarządu, dlaczego republika? Bo kiedy weszłam do biurowych pokoi, zobaczyłam, ze pracownicy czują się gospodarzami swojego miejsca pracy.. Ludzie spędzają w pracy dwie trzecie aktywnego dnia i traktują swoje miejsce pracy jak przedłużenie domu, a jego estetyka ma swoje znaczenie.

Piszę to wszystko z punktu widzenia pracownika samorządowego z prawie dwudziestoletnim stażem. Poznałam samorząd na szczeblu gminnym, gdzie wójt na zagrodzie równy wojewodzie i uważam za bardzo dobry pomysł ograniczenie kadencji zarządzania do dwóch. Wietrzenie „magazynów” czy raczej przechowalni przyda się szczególnie w małych gminach, gdzie całkiem nieraz jawnie, funkcjonują wieloletnie układy koleżeńskie wykraczające daleko poza urząd gminy. Opisał to prawie doskonale Mikołaj Rej w XVI wieku. „Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem, a Plebanem….” to dialog napisany przez Mikołaja Reja, wydany w Krakowie w roku 1543 pod pseudonimem Ambroży Korczbok Rożek. Można by się zastanawiać dlaczego pod pseudonimem, gdyby nie to, że nadal aktualny.

Za dobry ruch uważam też wydłużenie kadencji samorządów do lat pięciu. Tradycja pięciolatek wynika nie tylko z łatwego liczenia kadencji ale też z faktu, że pięć lat to czas, kiedy można rozpocząć i zakończyć sporą inwestycję, co zapobiega rozgrzebaniu jej dla następców przy maksymalnym utrudnieniu dalszych prac. Słowem, złośliwościom typu: po nas, choćby potop. Patrząc na walające się po Pradze i Mokotowie śmieci, puste donice na kwiaty na Targowej czy słysząc o kulejącej rewitalizacji w ramach ZPR, widać, że pod koniec kadencji służby nie pracują już tak sprawnie …. Kto to powiedział, że fundusze unijne są tylko zamrożone i w odpowiednim momencie się objawią? Jakiś europoseł bodajże.

Dlaczego o tym piszę z punktu widzenia urzędnika samorządowego? Bo jest pewna grupa samorządowców, która jest poszkodowana i pomijana w tym wszystkim. To ludzie, którzy pracują w urzędach. Tak, urzędasy. To ich dotykają przewroty pałacowe co cztery lata, to oni często są upychani w pokojach biurowych jak sardynki, to oni często są przerzucani z wydziału do wydziału, by z dnia na dzień z poważanego fachowca w swojej dziedzinie stać się nowicjuszem i uczniem, tracąc dorobek zawodowy. To oni są naciskani i uciskani kiedy szefom coś nie pasuje, albo są „nie od nas”. To oni muszą znosić szarogęszenie się nowych nabytków władzy, traktujących samorząd i urząd jak przedpokój do kariery politycznej. To oni, nie mając innej możliwości biegają dookoła urzędu, żeby odreagować stres spowodowany kontaktem z szefem albo uciążliwym interesantem. W końcu, to oni ciężko chorują i umierają z goryczą w sercu. Dlaczego tak ciężko chorują? – zastanawiam się od lat. Przecież urząd to nie fabryka aluminium. A przecież wiem, dlaczego. Stres zżera wszystko – serce, wątrobę, kręgosłup, nerwy…

Dlatego uważam, że wraz ze zmianami w ordynacji wyborczej do samorządów, powinny pójść zmiany w samych urzędach i regulującym ich funkcjonowanie, prawie. Urząd samorządowy, to taki sam zakład pracy jak inne, a wydaje się wyjęty spod opieki prawa. Można w nim przerzucać człowieka z dnia na dzień, już nikt nie przestrzega ustawowego zapisu, że oddelegować pracownika można tylko raz do roku. Sama interpretacja tego prawa jest też całkowicie subiektywna. Urzędy samorządowe stały się miejscem, w którym niepodzielnie rządzą wybierani na cztery lata wójtowie, burmistrzowie, prezydenci i nikt pracownika przed nimi nie chroni. Wierzcie mi, nikt.

Dlatego, postuluję wzmocnienie urzędów samorządowych jako autonomicznych jednostek, niezależnych od wybieralnych ciał, które nimi kierują. Urząd powinien składać się z fachowców, ich wiedza powinna być szanowana i chroniona, a praca urzędu powinna być ciągła i niezależna od kadencyjności samorządu. Wierzcie mi, znikłoby marnotrawstwo środków, myśli i dorobku. Jako rzecznik prasowy w sytuacjach kryzysowych zawsze oddzielałam wizerunek urzędu od spraw polityki. Bo na swój wizerunek polityk pracuje sam, i nie powinno się to odbywać kosztem pracowników, którzy w każdej sytuacji wykonują swoje obowiązki zgodnie ze swoimi kompetencjami.

I jeszcze jedno, patrzcie uważnie kogo wybierajcie. Jak powiedział niedawno Marcin Rola, dziennikarz – sprawdźcie, zanim zagłosujecie, co ci ludzie robili pięć lat temu, gdzie pracowali, czy w ogóle pracowali, czy tylko polują na stołki. Żeby nie było zdziwka.

Beata Bielińska-Jacewicz